Strona:Rabindranath Tagore-Poczta.djvu/27

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
Strażnik:
Ojej, wójt! Muszę cię czemprędzej pożegnać. Jeźli mnie chwyci na gadaniu, już nigdy nie przestanie terkotać.
Amal:
Wójt? Nie widzę go.
Strażnik:
Patrz przed siebie, prościuteńko! Na gościńcu podskakuje żaba nadęta, zielona ze złości. A nad nią chwieje się olbrzymi parasol z liści palmowych. To on.
Amal:
Nie śmiej się z niego. Pewnie król kazał mu zostać naszym wójtem.
Strażnik:
Nasz pan nie zna ryczącego zadrzyjnosa. Gdyby wiedział, jak pyszałek ten wszystkim dokucza, z pewnością wygnałby go z kraju.
Pa, malutki! Jutro rano znów tu zaglądnę. Opowiem ci wszystko, com zobaczył w mieście.
(Wychodzi).
Amal:
Codziennie listy dostawać od króla, siedząc przy oknie! Jak cudnie! Szkoda tylko, że nie umiem czytać. Poproszę ciotkę, aby mi pomogła. A jeśli nie zechce, schowam listy i poczekam, aż wyrosnę. Gdy będę duży, sam je przeczytam.
(Wchodzi Wójt).
Amal:
Wójcie! Panie wójcie! Masz chwileczkę czasu?
Wójt:
Co za nicpoń śmie wrzeszczyć, odnosząc się do mnie?