Strona:Rabindranath Tagore-Poczta.djvu/11

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
Lekarz:
Już wspomniałem. Nie śmie opuścić pokoju.
Madhav:
Biedne dziecko! Gdy pomyślę, że przez cały dzień będzie ślęczeć —
Lekarz:
Cóż innego możecie uczynić? Mgła jesienna i słońce, oto niebezpieczeństwo dla małego chłopaka. Wszak nauczyły mnie księgi: „Jeśli sapiesz lub mdlejesz, masz żółtaczkę, wysypkę, lub oczy przyćmione“...
Madhav:
Proszę, osławcie to! Więc zamknąć biedaczka? Czyż niema innego sposobu leczenia?
Lekarz:
Niema — „bo gdy wiatr wieje, a słońce“...
Madhav:
Cóż pomoże mi teraz „gdy tak, owak i siak“? Mówcie do rzeczy. Cóż robić? Wasz sposób jest bardzo przykry dla biednego chłopaka. Amal przecie tak spokojnie znosi chorobę. Serce mi pęka, ilekroć zadrży, biorąc wasze lekarstwo.
Lekarz:
Im więcej drży, tem pewniejszy skutek. Wszak zauważył już mądry Czyabana: „Lekarstwa i dobre rady: najlepsze są, które najgorzej smakują“. Ach tak! Muszę już odejść.
(Wychodzi. Wchodzi Ojczulek.)
Madhav:
Ojej, do kroćset, w sam raz przybywa ojczulek.