Strona:Przybłęda Boży.djvu/373

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dzi, aby ich zogromnić), by się na ich dnie, wśród grupy małych postaci, w słodko zgęszczonem świetle mogło dokonać jakieś misterjum, jakieś błogosławieństwo Symeona lub słowo o groszu czynszowym? Albo te mrocznie sklepione komnaty filozofa. w których jasność z zewnątrz obija się jak echo, z pułapu sączy się myśl mądra, podczas gdy zakrzepła serpentyna schodów prowadzi w czerń celu? I te głowy stuletnich starców jak foljały — i ten tłum gestów poczętych z pramiłości, pralęku i pragniewu?
Rembrandt ostatecznie i daleko wyprowadził malarstwo północy z prymitywu cechowego i z pokornego bełkotu modlitwy maluczkich. Graniczne głazy poroznosił na nieogarnięte odległości. Na płaszczyznę płótna tchnął moc huraganu i kazał, by się stało światło. Jak z retorty alchemicznej dobywał jeden po drugim dziwy nieznane. Gdy zobaczył Adorację pasterzy, z ośrodka cudu buchała symfonja łuny i przemieniała ich ciemne twarze. Gdy spojrzał na krajobraz, nie był to pejzaż sztafażowy, ale czysta samotność, kielich przelewający się stłumionym blaskiem, kawał stworzenia. Wszystko mu było ważne i wielkie, od rozpaczy więzionej bestji do gestu żebraka, od kondensacji Zdjęcia z krzyża i akwaforty Wskrzeszenia Łazarza do rysunku typu z ghetta. Kiedy głowę brata ubrał w złoty hełm, to nie dla bogatych wzorów klepanej blachy, lecz dla tego scherza radosnych i ruchliwych dotyków światła, które tańczyły na jasnym ornamencie i deszczem spadały na wymowne mięśnie twarzy, by mrok pod nią i dokoła zamienić w szczerą tajemnicę. Malował tylko „Anatomję doktora Deymana“ (Amsterdam), a w martwych rysach leżącego w zuchwałym skrócie — ujrzał na chwilę wizję Chrystusa na marach, która napełnia dreszczem, jak solenne Sanctus. A skoro siebie widział w lustrze, nie był to człowiek, lecz nieskończona galerja