Strona:Przybłęda Boży.djvu/355

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


szuka uciech wielkomiejskich. Wykręca się od niedzielnych odwiedzin w Baden, gdzie w lecie jest jego stryj, i śmieje się w kułak z takich oto listów opiekuna, „starego błazna“, jak go nazywał: „Jak ja tu żyję, wiesz, i to jeszcze w zimnej niepogodzie, ustawiczne osamotnienie osłabia mnie jeszcze bardziej, a naprawdę słabość moja często równa się omdleniu. O, nie krzywdź mnie już, kostucha i bez tego wiele już czasu mi nie pozostawi. — Gdzie ja nie jestem poraniony, pokrajany? — Bóg nigdy nie opuszczał mnie. Już się też ktoś znajdzie, kto mi oczy zamknie... i w tę niedzielę możesz nie przychodzić, bo prawdziwa harmonja i zgodność przy twojem zachowaniu nigdy nie nastanie“.
Karol jest młodzieńcem, w którym chwast zadusił wszelkie próbujące zdrowe pędy. Oddala się od stryja coraz namiętniej, ciska pieniędzmi w zabawach, robi długi, wymówki znosi niecierpliwie. Pewnego dnia znika; Beethoven płacze i z otwartemi ramionami przyjmuje go, gdy wrócił, bez słowa żalu. Ale chłopak już jest do dna zepsuty. Pokryjomu sprzedaje książki stryja. Konflikt tego bagna moralnego z wysokiemi zasadami Beethovena doprowadza do strasznej owej sceny, kiedy Karol, po ostrej wymianie słów, rzucił się na głuchego starca, na ojca swojego, i w nieprzytomnej wściekłości schwycił go za gardło!
Po tej drodze wykolejony młodzieniec kroczył dalej konsekwentnie. Aż rosnąca masa długów i strach przed egzaminem zawładnęły jego słabym charakterem tak przemożnie, iż postanowił skończyć tak, jak jego natury kończyć zwykły: samobójstwem. W podmiejskiej ruinie strzelił do siebie dwukrotnie. Ale i ten czyn, jak wszystko w życiu, spełnił z połowicznością tchórza: zranił się w okostną i wkrótce wyzdrowiał.
Wieść o jego targnięciu się na życie własne była dla Beethovena zdruzgotaniem pięknego gmachu