Strona:Przybłęda Boży.djvu/270

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


pięciu lat połączenia szuka... on od pięciu lat widzi niemożliwość spełnienia... widzi chimerę...
A teraz ostatnie słowa pamiętam. Już ku niemu szłam z dzikim błyskiem w źrenicach. A on jak zawsze wzrokiem chybiał mnie i grążył się w płaską ścianę. Te słowa ostatnie: „A jednak... takie to jest, jak pierwszego dnia... nie udało się jeszcze wyrwać tego z umysłu...“
On umie tworzyć marsze pogrzebowe. Ale on i więcej umie. Zagadki umie odsłaniać, szybko, skutecznie, sprawnie.
A jednak on we mnie pozostał.
A jednak on we mnie pozostanie.

Po trzech tygodniach przerwy. Po dwudziestu dniach, w których przemyślałam jedno całe życie, przemarzyłam pół ziemi i przeczułam niemałą szczyptę niebios. Mój motyl stubarwny odleciał.
„Ale mimo wszystko nie doszło jeszcze do żadnego wyznania. Obcy stał teraz przede mną, a ja mój ból wtłoczyłam głęboko w siebie. Lecz niewiele minęło czasu, a już ożyło we mnie pragnienie, aby... mój ojciec i — wogóle nasza rodzina, przyczynili się bardzo do jego radosnego życia.“ —
Chciałam być obojętna. „Smutny jego los dotykał mnie głęboko: chory, otoczony niegodnymi, nędznymi ludźmi, bez radości życiowych! On! To okropne!“ Chciałam być obojętna, zimna, daleka i taka, jak dla każdego. I oto co z tego wynikło:
„Piszę parę tylko słów o mojem uczuciu, kiedy go dzisiaj znów ujrzałam. Taki był dla mnie miły! — Tak jestem dziecinna, że małe wyróżnienie Nanny boli mnie, a odzyskuję równowagę dopiero wówczas, kiedy dostatecznie napowtarzam sobie, że nie mam prawa rościć pretensyj do jakiegokolwiek pierwszeństwa.