Strona:Przybłęda Boży.djvu/255

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


księciu Rudolfowi, świeżo mianowanemu arcybiskupem ołomunieckim. Może ten utwór o rozpiętości wielkiej symfonji jest ostatecznym pomnikiem wzniesionym ginącej ziemi. Może testamentem jest, zamykającym tę twórczość, która dla ludzi jest zrozumiała. I mostem w kraj zupełnie inny, z którego niema powrotu, do którego niema wstępu. Sonata, nosząca miano „Hammerklavier“, czyli fortepianu, dostępna jest nie dla majstrów i nie dla pogromców strun, ale dla człowieka wyjątkowego, któryby nietylko wielki był w umiejętnościach, ale wielki w charakterze i wielki w duszy. Do tej samotnej, burzliwej i groźnej turni bronią dostępu dziewicze puszcze trudności, które niejednego ratują od śmierci. Lepiej dla niej i dla nich, że wielu wzruszy ramionami i odwróci się w inne strony. Taka Sonata to nie popis i nie zdobywanie tłumów: to jest próg, jakaś przełęcz szalona, a błogosławiony, kto ją przeszedł.
„Siła jest moralnością człowieka wzbijającego się ponad innych“ i siła jest wszechmocnem prawem nadludzkiej Sonaty. Tu sprawdziany i wskaźniki zmieniają postać. Tu wyrównane są bieguny dobra i zła w ostatecznej syntezie światła nie dla oczu.
Dlaczego tej Sonacie musiał być zadany gwałt zniszczenia jej w ciasnym obrębie fortepianu? Dlaczego miała znaleźć pełny wyraz w tym instrumencie, który jest najwzględniejszą tubą muzyki, wszędobylskim propagatorem o środkach tak ograniczonych? Dlatego, iż wielka orkiestra musiała teraz milczeć, spoczywać, siły największe gromadzić na to, co będzie nad siły. Wszystkie komory tyle już nagromadziły, że oddanie w tej chwili głosu orkiestrze mogło nagle rozpętać te straszliwe siły, któreby w buncie anielskim zniszczyły wszystko i siebie. I wysiłek stróża sił nad jednem teraz czuwać musiał, nie spuszczając