Strona:Przybłęda Boży.djvu/229

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


siebie zwyciężył, mnie przecież nic z życiem skuwać nie może“[1]).
Zerwał z własnej i męczeńskiej woli narzeczeństwo z Teresą Brunswick. Potargał co do joty węzły, zostawiwszy tylko nić idealnej przyjaźni. I w podświadomem jasnowidzeniu dokonał czynu słusznego, w obliczu rzeczy ważnych jedynie słusznego.
Siedział przez chwilę pod jasnem słońcem w ogrodzie, gdy nagle tęczowy motyl usiadł mu na wyciągniętej ręce. Mógł pochwycić go, nazwać swoim, zmiażdżyć... Ale co z pyłem wszystkich kolorów? Co z bijącym tam pulsem boskiego życia? Co z samodzielnością istotki, którą nie ty stwarzałeś?...
Nikt nie wie, ile cierpiała Teresa Brunswick. W następnych latach odrzucała każde oświadczyny, baronów i nie baronów. Zwierza się pamiętnikowi: „Mówiłam zawsze, że najpierw muszę pomyśleć o tem, a nie mam jeszcze czasu. Zimną pozostałam, dawne uczucie pożarło me serce“. — Szła dalej, opuszczona, lecz mocna, drogą czynnej miłości. Śpichlerz nagromadzonego wówczas uczucia rósł przez uczynki. Gdy już Beethoven nie żył, tworzyła w granicach Austrji sieć przytułków dziecięcych według własnej idei. Posiew jej mądrego miłosierdzia rozplenił się w całym świecie. Własnemi oczami oglądała swe żniwo w sędziwej starości.

Beethoven dalej pozostaje sam. Rozwiązanie konfliktu znalazł w tych słowach, które w czarnej godzinie skreślił do Franciszka Brunswicka: „...teraz troski nie mam o nic, jak tylko o moją nędzną jednostkę — precz, wy szlachetniejsze, wyższe plany! Nieskończone jest nasze dążenie, a małość skończonem czyni wszystko!“

  1. W notatniku.