Strona:Przybłęda Boży.djvu/215

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Gdy się na skrzyżowaniu dróg spotkali, poczuli, jak ich coś dzieli. Może nie umieli zdać sobie jasno sprawy, jak w istocie ważkie różnice były między nimi. Goethe w tej epoce życia już był duchem rozpiętym w łuku nad światem; zjawiska i przemiany wszystkie układał w słowach i upraszczał w symbolach, nadając im piętno swoje. Beethoven był podziemnym duchem duszy świata, w makrokosmie swojej piersi włodarzył i wszystko z zewnątrz chłonął i niestworzone stwarzał w sobie; na dnie dojrzewał w długiem milczeniu, jak przemocne wino. Stworzony był do konfliktu z epoką i w świecie musiał być przybyszem niesamowitym, podczas gdy Goethe jaśniał, na świat ten właśnie stworzony, i sunął po firmamencie jak planeta. Wspaniałego natchnienia jego rozumu Beethoven nie ogarniał, a Goethe nie miał sondy do sięgnięcia na dno tego serca nad sercami.
Rozstawszy się, już do siebie nie wrócili. Wprawdzie po kilkunastu latach Beethoven listownie próbował ponowić spotkanie, lecz nie otrzymał ani słowa odpowiedzi...
Gdy Goethemu dwa lata przed jego śmiercią Mendelssohn grał w Weimarze mistrzów od Bacha poczynając i doszedł do Beethovena, starzec nie objawiał sympatji wobec tej muzyki. Gdy usłyszał pierwszą część Piątej Symfonji, rzekł: „To nie porusza — to tylko zdumiewa — to jest wspaniałe!“ A potem długo milczał, mrucząc, i po pewnym czasie zawołał: „To jest bardzo wielkie, zupełnie wściekłe! Chciałby się człowiek bać, że się dom zawali!...“ Wówczas dopiero w genjalnym Weimarczyku łysnęła świadomość tego, przed czem stał.

Narazie pobyt Beethovena w Cieplicach uległ przerwie na rozkaz doktorów: gdy kuracja nie poma-