Strona:Przybłęda Boży.djvu/201

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


„Twój list, serdecznie droga dziecino. w szczęśliwą doszedł mnie godzinę... Wchłonięcie tego obrazu prawdziwie genjalnego ducha sprawiło mi wielką radość... nie czuję żadnego sprzeciwu wobec tego, co jest uchwytne w twojej prędkiej eksplozji... Zwykły rozum ludzki znalazłby w tem może sprzeczności: ale co taki demonem opętany wypowiada, przed tem laik cześć korną mieć musi, a znaczenie jest to samo, czy ów z uczucia mówi czy z poznania...
Beethovenowi powiedz ode mnie słowa najserdeczniejsze i że chętnie poniosę ofiary, by go poznać osobiście, z czego przez wymianę uczuć i myśli wyniknie zapewne najpiękniejszy pożytek. Może masz tyle wpływu, że pozwoli się nakłonić na podróż do Karlsbadu, dokąd przecież jeżdżę prawie co rok i gdzie najlepsze będę miał wczasy, by go słuchać i uczyć się od niego. Chcieć jego pouczać, to nawet u ludzi o głębszym rozumie byłoby zuchwałością, bo jemu genjusz przyświeca i często błyskawicą widność daje, kiedy my w pomroce siedzimy, przeczuwając zaledwie, od której strony dnieć pocznie...
Jakież jeszcze życzenia mógłbym dodać nad to, aby to trwało wiecznie (twój sposób czynienia mi dobrze), wiecznie w stosunku do mnie, który nie zapoznaję korzyści z zaliczania się do twych przyjaciół. Pozostań mi więc tem, czem byłaś z taką wiernością, ilekroć zmieniałaś miejsce, a przedmioty zmieniały się wkoło ciebie i piękniały....
Dnia 6 czerwca 1810. G.“
Z radością przyjął Beethoven projekt spotkania w Karlsbadzie; uderzył się w czoło: „Czy ja nie mogłem tego wcześniej uczynić? — ach tak, myślałem już o tem, ale byłem zbyt lękliwy, jakgdybym nie był całym człowiekiem. Ale Goethego już się teraz nie boję.“