Strona:Przybłęda Boży.djvu/198

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


życiorodnym stosie uczucia, które jest bez granic i nie kończy się.
Słuchajmy tych słów, bo są tą Miłością piękne:
„Kiedy ujrzałam tego, o którym ci teraz mówić mam — pisze do Goethego, 28 maja 1810 — zapomniałam o całym świecie... przy nim zapomniałam o świecie i o tobie. Jestem wprawdzie niepełnoletnia, ale przeto nie mylę się jednak, skoro powiem (czego teraz może nikt nie zrozumie i nie uwierzy), że on kroczy daleko przed pochodem całej ludzkości, a czy my dopędzimy go kiedykolwiek? — powątpiewam...
Przed tobą pono wyznać mogę, iż wierzę w taki czar boży, który jest żywiołem natury duchowej: tym czarem włada Beethoven w swej sztuce. Wszystko, czego on może ciebie o tem nauczyć, jest czystą magją: każdy ruch jest organizowaniem jakiegoś wyższego bytu — i tak Beethoven czuje się twórcą nowych zmysłowych podwalin duchowego życia... — Wszelkie działanie ludzi ślizga się po nim wgórę i wdół jak mechanizm zegara, on jeden wolny tworzy z siebie to, co jest nieprzeczute, niestworzone...
Powiedział sam: „Kiedy otwieram oczy, muszę wzdychać; bo to, co widzę, jest przeciwne mojej religji, a pogardzać muszę tym światem, który nie ma pojęcia, że muzyka jest objawieniem wyższem niż cała mądrość i filozofja. Jest ona winem, zapalającem do nowych tworzeń, a ja jestem Bachus, który dla ludzi wytłacza to cudowne wino i duchem ich upaja: a gdy potem trzeźwieją, widzą, że złowili w sieci niejedno, co z sobą biorą na ląd. —
Żadnego przyjaciela nie mam, żyć muszę z jednym sobą; wiem wszelako dobrze, iż Bóg bliższy mi jest niż innym w mojej sztuce. Obchodzę się z Nim bez lęku, poznawałem Go zawsze i pojmowałem. Nie boję się też wcale o moją muzykę, nie może jej spot-