Strona:Przybłęda Boży.djvu/196

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.



Takie przyjścia są czasem niespodziewane, a jednak gdzieś zapewnione. Jakieś ciemne władze poza świadomością pracują nad ich przygotowaniem i nad zrobieniem im godnego miejsca między miedzami czucia i woli.
Siedzi się tak pewnego majowego dnia przy fortepianie pod otwartem oknem, gdy nagle obcy głos tuż nad uchem zmusza do odwrócenia głowy.
Na środku pokoju stoi kobieta, obca kobieta, nie, dziecko urocze, rozkwitłe wdziękiem i rumieńcem zakłopotanym. Ściany nieprzywykłem echem odbijają brzmienie dziecięcego głosu, który mówi śmiało:
— „Jestem Bettina Brentano“.
Beethoven drgnął na dźwięk znajomego nazwiska (nosi je przecież Franciszek, druh serdeczny, brat Bettiny) i bez wstępów pyta:
— „Czy chce pani posłyszeć pieśń, którą właśnie dla pani skomponowałem?“
I głosem szorstkim śpiewa: „Kennst du das Land, wo die Zitronen blühn?“
Bettina cieszy się jak dziecko, słysząc słowa swego bożyszcza Goethego, z muzyką tego, który był celem jej pielgrzymki. A Beethoven woła w zapale:
— „Prawda? To piękne, to cudowne! Zaśpiewam jeszcze raz“.
A Widząc pałające oczy dziewczęcia, woła:
— „Aha!“
I raduje się uchwytem Bettiny.
Rozkoszna, ponad wiek mądra i tryskająca inteligencją osóbka w mig zdobywa przyjaźń samotnika