Strona:Przybłęda Boży.djvu/182

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ciela nie było braków; załatwia dla niego sprawunki. W czasie choroby Breuninga Beethoven jemu powierza „troskę o jednego z najlepszych, najbardziej wypróbowanych przyjaciół“. Gleichenstein jest doradcą finansowym i wydawniczym, Gleichenstein pomaga w stylizowaniu francuskich listów. Z pewnym muzycznym wieczorem u arcyksięcia Rudolfa związany jest list, wspaniale ilustrujący tę przyjaźń: Ignacy von Gleichenstein za pośrednictwem Beethovena został zaproszony na ów wieczór, ale nie zjawił się. Nazajutrz Beethoven pisze doń: „Straciłeś wiele, nie z powodu niesłyszenia mojej muzyki, ale byłbyś widział miłego i pełnego talentu królewicza, a jako przyjaciel swego przyjaciela z pewnością nie byłbyś odczuł wysokości rangi — wybacz mi tę małą dumną uwagę, opiera się ona raczej na przyjemności, jaką mi sprawia równe wywyższenie tych, których kocham, niż na małostkowej próżności“. Oto znamienny obraz stosunku Beethovena do rodowych tytułów i miara jego poważnej samoświadomości.
Jasny snop światła na ten charakter rzucają dzieje przyjaźni z pewnem młodem małżeństwem i przejściowe tej przyjaźni zmącenie. Bibljotekarz Razumowskiego, Bigot, miał młodziutką żonę Marję, znakomitą pianistkę, pełną odczucia entuzjastkę dzieł Beethovena. Nic więc dziwnego, że ów szybko zadzierzgnął serdeczne węzły z sympatycznym domem. Nie nakładał sobie hamulca w objawach tej sympatji. Któregoś dnia napisał do uroczej małżonki bibljotekarza: „Kochana, uwielbiana Marjo! Pogoda jest tak bosko piękna, a kto wie, czy jutro będzie taka. Proponuję więc Pani, że dziś w południe około dwunastej przyjadę po panią i wyjedziemy na spacer. Ponieważ Bigot pewno już wyszedł, więc go naturalnie zabrać nie możemy; ale dlatego wyrzec się zupełnie, tegoby chyba sam Bigot nie żądał... Jakiekolwiekby racje pani przyta-