Strona:Przybłęda Boży.djvu/166

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nosu, to nadludzkie szarpanie cugli rozbieganych tabunów, to przekip wściekłego bałwanu, przesilenie orgjastycznego hymnu zwycięstwa. Niema końca — jeszcze bieg — tętno potężne nie chce folgi! Cała orkiestra ugania już bez najmniejszych powikłań na elementarnej drabinie c-durowych akordów — by po kilku jeszcze susach potężnych — po siedmiu pieczęciach ostatecznych — w nagłem znieruchomieniu zaryć się w ziemię.

Teraz oczy w rozszerzonych orbitach widziały, czego oczom widzieć nie wolno. Naprostowanie stawów wysadzonych z zawias i serca, szarpniętego daleko poza łożysko ludzkiej piersi, i ból oprzytomnienia straszliwego.
Tak się losowi w paszczę sięga.
Za siebie.
Za wszystkich.
Za wszystko.

Grano Symfonję Piątą w paryskiem Conservatoire. Słuchał jej stary wiarus z napoleońskiej gwardji. Na grzmot trzech akordów otwierających końcową część symfonji porwał się na równe nogi i wrzasnął całem gardłem.
— „C’est l’Empereur! Vive l’Empereur!“
Nie o cesarzu myślał Beethoven. Ale myślał o tem wszystkiem, co dla posiwiałego w dymie armat żołnierza skupiało się w jednym dźwięku cesarskiego imienia. Nieuczone uszy żołnierskie zrozumiały głos głuchnącego ucha.

Dyrekcję wiedeńskich teatrów nadwornych i teatru „an der Wien“ objęło pod koniec roku 1806 z rąk barona Brauna grono arystokratów, do których nale-