Strona:Przybłęda Boży.djvu/148

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kłębi się w sine chmury kupi, co raz przewala się po świata półkuli srogim przelewem dźwięków, a w pauzach stuka miarowy puls wszechrzeczy. Trójdźwiękowy pierwszy temat raz wraca, niesiony na potężnych plecach akordowych, wyzywająco zdobywczy, to znów zdala dolatuje niby pogłos samego siebie, albo kryje się przed tak żałosną, że aż smyczkową pieśnią wyrzeczenia, co leży na piersi przygniatająca. Hej do mnie wszystko, co nie ma wyrazu i krzywdy swej nie rozumie! Do mnie wszystkie ciężary żywota nie znajdującego spełnień! Do mnie wszystkie siły kłębiące się bez ujścia! Do mnie gromy zgłuszone, do mnie wiatry zamknięte, łzy w piersiach wezbrane, do mnie błyskawice szyderstwem oślepłe! Co się raz na siebie weźmie, to spełnione jest. Rosną tylko te brzemiona, których nikt odważny nie podźwignął — za siebie czy za innego. Ale wałka jest straszliwa i przerasta jednych płuc pojemność. Więc walczący runie nakoniec w swej zwycięskiej klęsce, w triumfie przecichym.
Nad nim, kiedy on leży do umarłego przyrównany, stoi jak nieruchomie miłosierna, jasna w czarnem tle konstelacja, rozdział drugi (Andante con moto), cisza misterjum gojenia, dobry gest splecionych wszystkich rąk. Nie może być źle. Walka z życiem nie jest ze złem walką. Rzeczy wypowiedziane tracą na wadze, a ciężkie są tylko te, których nikt wypowiedzieć nie umie, wypowiedzieć nie może, których na wieki wypowiedzieć nie wolno. Taki jest nurt balsamu tej pieśni, w trzech warjacjach ukazanej w oprawie coraz to żywszej, promienniejszej. I gdy powtarza się ostatni raz w pobrzmieniu słodkiem, już jest wokoło bezwietrzna pogodność. Spłynęła w alabastrowy basen cichuteńkiego arpedżja, legła na fermacie zabliźnienia.
Wtem dźwięk ten sam, identyczny akord na zmniejszonej septymie, wyżej powtórzony w rozgłośnem