Strona:Przybłęda Boży.djvu/142

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ło „Leonorą“ (ze względu na popularną tradycję tego tytułu), co wzburzyło Beethovena w szczególny sposób. Zawsze interes góruje, interes zwycięża sztukę, poezję i wolę twórcy!
Premjera była wobec przedstawień zeszłorocznych sukcesem niezaprzeczonym. Uwerturę potępiono, lecz wrażenie opery było wyraźnie dodatnie. Krytyka poczęła ją doceniać. Kolejne powtórzenia, drugie i trzecie, znaczyły się rosnącą frekwencją. A choć daleko było do istotnego zrozumienia, dzieło wyraźnie torowało sobie drogę poprzez gąszcz zaślepień.
Jakież było zdziwienie autora, kiedy po trzecim wieczorze zgłosił się po tantjemę w bankowem biurze barona Brauna i otrzymał sumę znacznie mniejszą od oczekiwanej. Wykazy kasowe zdały mu się sfałszowane; wszak widzownia zapełniona była niemal doszczętnie! Baron i w jednej osobie dyrektor tłumaczy, że wprawdzie przepełnione były loże i fotele parteru, lecz znacznie rzadsze były szeregi tych miejsc, gdzie mozartowskie naprzykład opery skupiają gęstą ciżbę ludu, a to głównie waży na wynikach kasy.
Beethoven nie mógł tego pojąć. Biegał po wytwornym gabinecie, gestykulując porywczo i mrucząc jak drażniony niedźwiedź.
Baron perswaduje: Beethoven jest wogóle pierwszym autorem, którego dyrekcja dopuszcza do udziału w zyskach, w uznaniu zasług ponad wszelką miarę.
Argumenty padają w próżnię.
Dyrektor chwyta się nowych:
— Pańska muzyka zdobyła sobie dotychczas liczne wprawdzie koła wielbicieli, ale wśród stanu wytwornego, u ludzi wysoce wykształconych. Mozart każdą operą zapala masy. Mozart...
— Ja nie piszę dla mas!“ — wybucha Beethoven. Piszę dla wykształconych! Nie dla tłumu!!