Strona:Przybłęda Boży.djvu/127

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Był w tym czasie załamania się wiary w Napoleona moment, kiedy twórca Eroiki w srogiem złorzeczeniu do ucha swego zwrócił się z wyrzutami, że o tyle jeszcze słyszące jest, iż mogło usłyszeć wieść złowrogą, że usłyszało potworny kłam onej prawdy, której imię, przez niego nadane, było: Napoleon.
Pierwszy Konsul umarł w Beethovenie.
Później tylko już gniew i żal posępny żywił się i pełgał w piersi zawiedzionego. Powiedział kiedyś: „Gdybym sztukę wojny tak znał jak sztukę tonów, pobiłbym go na głowę!“

W pochmurny, ciepły dzień czerwcowy, daleko za miastem, w poszyciu lesistych wzgórz, jeden z tych wielogodzinnych spacerów, które nie należą do nikogo i są piękne, bo zamykają się w sobie bez pamięci o czemkolwiek.
Z mroku zaułka borowego jest okno wychylone na krajobraz. Określa je mokremi ramionami wyrwa w grupie krzewów, krzyż symetryczny tej ramy okiennej tworzy silna, centkowana w białem brzoza, tem milej pożądana, że nikt jej tu nie prosił. Wyrosła tak wysoko — żadnych brzóz w tej okolicy niema! — niezasadzona niczyją ręką, przywiana niepamiętnym jut podmuchem wichru, który miał taką moc, że musiał dąć z bardzo daleka. Przyniósł na ciemno wzdętym żaglu huraganu jeden pyłek bezkształtny i bezpiękny, ziarenko cudacznego nasienia, rzucił w gęstwę i zapomniał o niej i gnał dalej huczeć pieśni międzychmurne. Ziarenko przeczekało swój czas i niewitane wzwyżyło się w pewnej chwili czasów, cicho prostując się, smukło i piennie. Którejś nocy sąsiad trzechsetletni, buk, runął wpoprzek lasu ciężką kłodą spróchniałą — i brzoza nazajutrz ujrzała słońce i wielką ko-