Strona:Przybłęda Boży.djvu/107

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


wszystkie hołdy hołd — nad wszystkie zaklęcia chóralne zaklęcie! — I jeszcze raz:
On w nędznej koronie miał przyjść, a przyszedł i zajaśniał stu czołami poślubionemi jednej stu serc ciszy.
On w scenicznej maszynerji grzmotu miał się zjawić i w posklejanym płaszczu z bibułki, — a leży tu przed nami w prochu i chwale, pokorny i — jakich nie było — Bohater!
Rozdygotane bałwany wichrów powtarzają mu Jego pieśń. — Pomnożyciel dzieła stworzenia — na chwałę gestu, który stworzon nie był; — świat się zamienił w trzepoczącą ciężko, złotą orkiestr blachę — jak szarża zrojonej rajtarji — lśnią blachy i grzmią miarowym wybłyskiem oślepiających słońc — oczy się mrużą, taki wicher jasny wali trąb huraganem. Może tak świat się kończy. Może na zew takich trąb poderwą się ze snu wszyscy, którzy kiedykolwiek pomarli.
Ucho moje, bracie serdeczny!
Marcia funebre...
Kto umarł? Kto nie żyje?
Dlaczego tętent triumfalnych galopów wpłynął w cichy takt wolnego kroku? Czas pogrzebu i łez i żegnania na zawsze? Teraz? W rozkrzyżowaniu ostatecznej szczęśliwości?
To jest marsz żałobny zwycięstwa. To jest marsz żałobny uciszenia, gdy już słów nie stało. To jest marsz żałobny, że grób nie jest rozpaczą. Że śmierć nie jest grobem. Że przejście nie jest śmiercią.
Pomylono wiele rzeczy w pospiechu, więc pomieszano z małemi wielkie. W bezładnej szufladzie ludzkiej powstał chaos gałganiarski. Musiano zacząć znaczki naklejać, numerować, w katalog ująć musiano cały ten lamus rzeczy, które ludziom stały się potrzebne, albo od początku były narzucone. Więc to się