Strona:Przybłęda Boży.djvu/105

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


I jest: jest ta pieśń, ta druga, która miała przyjść. Z pogmatwanej harmonji Jego woli wyszła nagle zbudzona i oczy przesłoniła od jasności błyskawic. Przyjęta natychmiast, tak jest ich własna i taka spragniona. A że cicha i z śladami krzywdy na sobie, więc tu znaczy wiele i jest ukoronowana. I głos ma przed wszystkimi i cisza jecj się kłania i w zadumę wlewa się jej śpiew. Dwa razy zachłyśnie się słodko tym smutkiem podziemnym.
Zastępy idą. Ciężkiem i radosnem dudnieniem idą i nie przestają iść. Przeszły przesmykiem czarnych ścian i krok ich wydudnia się dalej. A tu szemrze lekko ich pamięć i drży pewność życia, co stuka pod zgliszczem. Wszelki dźwięk zanika. Jakaś mollowa rozłożona tercja pobrzmiewa — albo to cień ich marszowej kolumny odbił się na ścianach. Tercja ścieśnia się i topnieje w bezszmer, a w nią innym głosem, obcym (tak, fałszywym) szepnęła cichym głosem waltornia przestrogi.
On (na jedno mgnienie długiej rozmowy z sobą) zamilkł, przestał istnieć. I na ów fałsz przestrogi cichej zjawia się. I jest taki, jak pierwszego dnia. I nagie przy nim wszyscy jego. Nie! Jest ich więcej, więcej! Niema ścian ani ziemi, prysły zastępy, rozpierzchły się i wróciły armją Jego czynów. Tłoczno się czyni. Tchu, tchu! Grają zadyszane piersi, krzyczą wyzwolone wołania, wszystkie powtarzają razem, a potem kolejno, w czystej harmonji, głośne swoje słowa, każde co ma najlepszego, każde inaczej, a każde to samo: Że spełniły — że były — że miały trud i krwawą samotność walki — że nie zaparły się — ni razu — że wielkie są po wielkiej pokorze ujarzmienia — że nic — że tylko im potrzeba, aby przemówił — aby rzekł, że koniec męki — że odkupiły — że teraz przemienione jest — że się odwrócił porządek — że teraz będzie inaczej — że teraz będzie wszystkim