Strona:Przybłęda Boży.djvu/091

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kogoś ustawicznie, a komu mam zawierzyć?“ Na ciągłe objawy braku taktu i delikatności, na szantaże i niskie wyzyskiwanie rzekomo wyświadczanych mu przysług — on odpowiada karygodną pobłażliwością, aż całe gorzko zawiedzione zaufanie wybucha w liście do Ignacego Gleichensteina: „Niech mnie Niebiosa bronią, abym dobrodziejstwa przyjmować musiał od braci!“ W testamencie heiligensztackim niema cienia tej goryczy, zniknął ostatni ślad żalu:
„Życzenie mam, aby wam życie lepiej spłynęło niż moje; dzieciom swoim polecajcie cnotę — ona to mnie w nieszczęściu podnosiła, jej to zawdzięczam, oprócz sztuki, że samobójstwem nie zakończyłem życia...“
I nad otwartym grobem bohatera z świetlistem greckiem czołem trzaskają bębny werblem twardym jak życie.
„Z radością wybiegam śmierci naprzeciw. Przyjdź, kiedy zechcesz, z odwagą idę ku tobie — bywajcie zdrowi i niezupełnie o mnie zapomnijcie w śmierci, należy mi się to od was, bom o was często myślał w życiu, was uszczęśliwić, bądźcie szczęśliwi.
— Heiligenstadt, dnia 6 października 1802.
Ludwik van Beethoven“.
Snuje się dalej czarny marsz i wrzyna ostro w spokojne wiatry jesienne, od Dunaju niesione wilgotnie. Ścicha porachunek cierpień, gaśnie promień. Po sześciu dniach dopisek:
„Tak żegnam ciebie — żegnam smutny — Nadziejo ukochana. Ta Wielka nawet Odwaga, co przepełniała mnie często w piękne letnie dni — zniknęła... Opatrzności — daj, aby mi kiedyś błysnął jeden czysty dzień Radości — tak dawno już obce mi jest prawdziwej radości echo wewnętrzne — o kiedyż, kiedyż, Boże — zdołam je wyczuć powrotnie w świątyni