Strona:Przybłęda Boży.djvu/048

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Z ciężkiej, bolesnej, ale i jasnej, dobrej, rozmachu pełnej młodości — jazda ku obcej, dalekiej, sztywnej stolicy muzyki, ku tysiącznym przynętom — na dalszą naukę — żegnanie na zawsze kochanych przyjaciół, serdecznych gór, dobrotliwego powiernika Renu.
Jest to godzina, kiedy trzeba spojrzeć prosto w górę, w chmury, kilka razy pośpiesznie wciągnąć dech w bolącą pierś (to pomaga), tupnąć lekko nogą i twardym rzutem woli oderwać się od matczynego lądu.