Strona:Przemysły.djvu/037

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


RZECZ O POEZJI

Jeśli nie można patrzeć obojętną twarzą,
Czy płakać? łez już niema i więcej nie parzą,
Nie rozczulę westchnieniem i jękiem nie zbudzę, —
Już westchnienia są obce i łzy wszystkie cudze.
Pierś tłumi łoskot serca, ból usta zaciska,
W otchłanie oddalenia spada ziemia bliska,
I tylko oczy, błędną skierowane władzą,
Spojrzą nagle — i sekret spojrzeniem wydadzą.
I znowu nagim wargom, głodnym od milczenia,
Pragnę słowa zarzucić, jak płaszcze z płomienia!
O! serce już omdlewa i duszę zachwyca,
Czy przyjdziesz, jako złodziej, czy jak błyskawica,
Czy podasz usta wdzięczne, czyli w dzień spotkania
Śmiertelną dłoń mordercy do ucałowania ----?
Ty władzą nierozumną wypadasz z ukrycia
I rządzisz naszą śmiercią w samem sercu życia,
Jak na skałę rzucone ziarenko gorczycy,
Wyrastasz nad głowami drzewem tajemnicy!
Przypłyń żywiołem groźnym i jasną łagodą,
Daj nam języki ognia, ocuć żywą wodą,
Przybądź do domów ludzkich, otwartych naściężaj
I wysokim urokiem czaruj i zwyciężaj,