Strona:Przemysły.djvu/032

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


MOJA MISTRZYNI

Ani Sokrates mądry i wesoły,
Ni Platon wzniosły, ni Arystoteles,
Ani prorocy, ani apostoły,
Ani Faust chytry, ni Mefistofeles.

Ani Dant cudny, ani Heine błogi,
Ani Mickiewicz wielkością wspaniały,
Nie stali przy mnie na początku drogi,
Którą mi burza i cisza owiały.

Ale jednegom obrał przewodnika,
By mnie prowadził, napełniając siłą,
Tam, gdzie najwyższa mądrość nie przenika,
Gdzie wszystko będzie i gdzie wszystko było.

On to, czy ona w przestrzenie najczystsze
Wiodła przez otchłań, którą grzechy czynią,
Umiłowana ponad wszystkie mistrze,
Miłość, co jedną dla mnie jest mistrzynią.

Jak dziecko matce rodzonej podobne,
Chcę upodobnić do niej każde drgnienie,
Wszystkie minuty w cierpienia zasobne
I wszystkie słowa i każde milczenie.