Strona:Przemysły.djvu/014

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Na zakosach wyrosłe, żółte i oliwne,
Zboże żniwne rozcierasz w tłustości pożywne,
Wytłaczasz miazgę miodną, dla której pożęto
Łan zboża kołyszący w skwarne lipca święto!

Wymodlony rąk trudem, wyczekany żmudnie,
Dojrzewał kłos na polu, stopionem w południe,
Cichnął ciepłym wieczorem, szeptał nocą senną,
Wiośnianym rankiem dymił wiatru falą pienną...

Już zmielony żarnami mlecz ukryty w ziarnie
Wozy białe kolejno zwożą przed piekarnię,
Tam ciasto się zakwasi, narośnie i streści,
Ubite pracą, która żywy kształt wypieści,
I w rozmachu rąk serce obudzi człowiecze,
Choć nie wie jeszcze, jaki chleb z mąki wypiecze...

Długie, długie czekanie od siejby do zwózki!
Głucha troska, lęk tajny przed powiewem pustki,
I modły, które chronią, śpiewane gromadą,
Od moru, głodu, ognia, od suszy i gradu!

Długie czekanie! długie! nim, zaklęte słowem,
Słowo chlebem się stanie zupełnie gotowym!

O, głodni! o, łaknący ziemi wonnych płodów!
Bierzcie chleb i owoce z jesiennych ogrodów,