Strona:Posażna panna.djvu/087

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—  86  —

— Co? Adela? Czy to nie panna Marzyńska? zapytał Cichocki Plichty.
— Wysoka brunetka, długie włosy, długie rzęsy, tak mi ją Ramski opisał, objaśnił Broński.
— Rysopis się zgadza, ale nie wiemy nic o tem, aby była teraz tu w Krakowie...
— Jest, jest, wtrącił się do rozmowy powolny Kolski. Przyjechali z nią Armanowie.
— Co? jest w Krakowie? zerwał się gwałtownie Plichta. I ty wiedząc o tem zaraz nam nie mówisz?!
— Ale wiem od wczoraj jeszcze, widziałem Armana w Bibliotece Jagiellońskiej i dysputowałem z nim ze dwie godziny o metodzie ba —
— On wie o tem od wczoraj i nic nie mówi! krzyknął Plichta patrząc ze zdumieniem na towarzyszy, jakby ich wzywał za świadków jakiego strasznego czynu. Bodajeś Władku zwietrzał jak niezakorkowane wino!
Broński gwizdnął przeciągle, spojrzał badawczo na Plichtę, a potem zwrócił się do Cichockiego i zapytał wskazując palcem Plichtę: Nareszcie znalazł ideał?
— On — i ideał!! co za pomysł!
— Długo tu będą? spytał Plichta Kolskiego. Widziałeś je? mów!
— Widziałem. Byłem dzisiaj u nich z wizytą — mieszkają w Saskim Hotelu — Arman cieszył się niezmiernie, że nas zobaczy, wyraził się pochwalnie o mojem dziele »o wekslach jarmarcznych«, potem mówiliśmy o jarmarkach —
— Pal sześć wszystkie jarmarki, mów coś o pannie Adeli!
— Wygląda bardzo dobrze, taksamo jak w Zakopanem. Pani Armanowa podobnież. Dopytywały się o was, o Spisowicza, przypominały nasze wycieczki w Tatrach...
— I naprawdę taka ładna? przerwał ciekawy Broński.
— Baardzo, baardzo ładna!