Strona:Poezye oryginalne i tłomaczone.djvu/059

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
27. Serenada.


Już słońce padło, już horyzont ciemny,
Już płócze Feba ocean podziemny,
Już ptak spoczywa, szum ustał i głuchem
Las się dębowy odzywa posłuchem.
Już wszystkich skrzydły okrył sen słodkiemi,
I cichy pokój rozciągnął po ziemi,
Już i promienie zgasły Kanikuły;
Ja tylko nie śpię, ja-m tylko sam czuły.
Wszystkie te gwiazdy widzą me niewczasy,
Kiedy wieńcami zdobię twe zawiasy,
Alboć sen słodzę śpiewaczemi głosy,
Albo skrzypkami, choć się boją rosy.
Otwórz-że okno, uchyl okiennice,
Rozśmieje się noc, jako gdy z łożnice
Rumiana zorza od Tytana wstaje
I świetną barwę brudnym cieniom daje.
W dzień się opalisz, ale nocy chłodnéj
Nie kryj mi, Kasiu, twarzy grzechu godnéj.



28. Zapał.


Kupido kiedyś ukochanéj żony
Odbiegł, kropelką oleju sparzony,
Gdy mu się w nocy z lampą przypatrzała;
Tak ta dziecina ognia nie strzymała.
Jeżeli uciekł ten bożek miłości
Przed sparzeliną; czemuż w gorącości,
Pałającego ja mieszkam płomienia?
Przecz się nie chronię swojego zginienia?
Etna śnieżysta choć ustawnie gore,
Hekla choć ognie wciąż wyrzuca spore,
Tyle zapału w wnętrznościach nie mają,
Jak go me piersi w sobie ukrywają;
I Kanikuła zda się, że świat chłodzi
Względem płomienia, co mi w sercu wschodzi.
Niemały ogień snadź Troja wydała,
Kiedy zdradzieckim pożogiem gorzała,
Lecz i ten pożar zdałby się dość mały,
Gdyby me ognie z nim się równać miały;