Strona:Poezye cz. 2 (Antoni Lange).djvu/009

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Jak złośliwe robaki serce moje toczą
I ciało moje kolą jak zatrute igły.

I duszę mą w wieczystych trzymają konaniach,
Których nigdy nie kończy dzwon pogrzebu twardy;
Miliardy ich zginęły w przeszłości otchłaniach
I widzę ich w przyszłości straszliwe miliardy.

Widzę te nieskończone męczeństwa godziny,
Jak Makbet, co spogląda w czarownic zwierciadło —
I dostrzega w nim Banka niezliczone syny
I nie dosięgnie w przyszłość dłonią swą opadłą.

Zaledwie jedna igła w tym pościgu wiecznym
W zmęczoną pierś mi wpiła swe żądło mizerne,
Oto druga już ogniem pali mię serdecznym
I z tych ukłuć nicestwa bole mam niezmierne.

Omdlały tym powolnym atomów pochodem,
Pytam, czy nie stanęły już bytu zegary,
Czy jaskinia Eola pokryła się lodem —
I marzę nawałnice, wichry i pożary.

Jestem niby ów chińczyk strażą otoczony,
Nędzarz, na długie noce skazany bezsenne;
Albo człowiek spętany — i tak zawieszony
Nad przepaścią, by nie wpadł w jej łono bezdenne.

I tak mi życie całe jest jak kat złośliwy,
Który — niemo — w powolnych żarzy mię płomieniach
Lub pająk, co szaremi więzi mię przędziwy
I w ciągle wzrastających pogrąża mię cieniach.