Strona:Poezye cz. 1 (Antoni Lange).djvu/013

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Rozpalone i palące,
Niby w ogniu sztaba stali.

A ma blaski takie jasne,
Że, gdy zamkniesz od nich oczy,
Widzisz ogniów koła kraśne
Lub fioletów deszcz uroczy.

Gdy rozwarta twa powieka,
Ujrzysz tarcz śród firmamentu,
Rozpaloną aż do mleka,
Co ma blaski dyamentu.

W okół tarczy mgły przejrzyste
Od promieni jej odbite,
Pół bezbarwne, pół srebrzyste
Niby strugi dżdżu obite.

A przez niebo, przez lazury,
W nieskalanej płyną bieli
Białośnieżne, drobne chmury,
Jak łabędzie lub anieli.

I znów kryję się pod klonem,
Znów się kładę w chłodnym cieniu
I po niebie niezmierzonem
Wiodę okiem w pół marzeniu.


III.

Dość już nieba! Dość błękitu!
Straszno patrzeć w nieskończoność —
Drobniejszego chcę zachwytu —
Ach zieloność, tu zieloność...