Strona:Poezye T. 2.djvu/202

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


I trzeba z siebie wydobywać moce,
By nie opadły skrzydła rozpostarte,
Ale przez życia ciemne, mroźne noce,
Niosły — — lecz dokąd?... Co i gdzie jest warte?...

XIX.

Płomienie w mojej duszy tłumią się i kłębią,
W sercu mojem jest gorycz, pustka i tęsknota,
Oczy me w nieskończone otchłanie się głębią,
Słuch utopiłem w szumach posępnej rozwiei — —
Pojąłem całą nędzę ludzkiego żywota
I zrozumiałem całe nicestwo nadziei.

I oto duch mój zawisł (jako ślepiec który,
Co stoi na bezdrożu w strapieniu i trwodze) —
Ze skrzydły rozpiętemi, co ni rwą do góry,
Ni go na dół puszczają — — ni spada, ni wzlata — —
Nie wiem, po jakiej sam tu winienem iść drodze,
Ani wiem, jaką drogą winien iść krąg świata?

XX.

Tyle nas razy zimno odepchnięto,
Tyle nas razy zraniono boleśnie,
Jednak się jeszcze serce rwie do ludzi
I ból swój rzuca w niepamięci pleśnie.