Strona:Poezye Ludwika Kondratowicza tom V-VI.djvu/521

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Tu piękna knieja, tu puszcza bezdenna
Przynosi liczne korzyści i plony;
Tu dąb stuletni, sosna sturamienna,
Tutaj modrzewie, jawory, jesiony;
Na mokrych mszarach widnokrąg zasłania
Olszyna, wierzba, i świerki olbrzymie,
I klon cienisty, łatwy do zrąbania,
(Z którego moje wyprowadzam imię),
Wysmukła topól, jeżownik i tarnie,
Twarde derenie, leszczyna powiewna,
Buki i lipy, — oko nie ogarnie
Rozlicznej barwy wszelakiego drewna.
Tu biała brzoza z czerwonemi smugi,
Owdzie z jesionem splata się wiąz młody;
Z nich wieśniak drzewa wyrabia na pługi,
Z nich do swych kolas wygina obwody.
Z nich to skrzypiące telegi, i maże,
I lekkie wozy klecą Haliczanie.
Tu kuta bryka rzadko się ukaże,
Bo twarde drzewo za okucie stanie.
Nigdzie przy wozach żelazo nie brzęczy,
Tu gwoźdź drewniany dotrzyma wytrwalej;
Niemasz kowanych osi, ni obręczy,
Tu hartowniejsze polano od stali.

VII.

Gdy wóz się kleci lub orne narzędzie,
Tym kształtem nasi pracują wieśniacy:
Idzie do lasów, wypatruje wszędzie,
I ścina sztukę, przydatną do pracy.
Na dyszel bierze pniak lekki a prosty,
Siedem stóp dębu wycina do osi,
Drzewo schylone w garbate narosty
Na soszne zęby do domu zanosi.
Gdy się pniów krzywych napotkać nie zdarza,
Sztuką i pracą wygina do łęku;
Zręczny parobczak obok gospodarza