Strona:Poezye Ludwika Kondratowicza tom V-VI.djvu/444

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


RYMY ŁACIŃSKIE
JANA KOCHANOWSKIEGO.




ELEGIA I.
(Księga I. Elegia 2).


Hoc dodoneas tibi dicere crede columbas.

W dodońskich synogarlic wierz prorocze słowa:
Nie zawżdy się i Barses poczciwo zachowa!
Fedra, ogniem występnym płomieniejąc cała,
Na głowę Hipolita klęskę wywołała.
O! jak się na zbrodnicze kwapiła rozkosze,
By serce pasierbowe skłonić ku macosze!
Czy z mężem, czy bez niego, myśl ją trawi cicha,
I oko płomieniste od łez nie wysycha;
Często chadza do gajów — nie Dyany pyta,
Lecz prosi u Wenery serca Hipolita;
Wśród dnia jej wrzące myśli zgryzota zatruwa,
Wśród nocy na bezsennych rozmyślaniach czuwa.
Cóż taić żar powolny, co przegryza łono?
Tych ogni ów nie zagasić, nie pokryć zasłoną;
Kaczej miluchnem słówkiem wyznaj udręczenie,
Wszak on nie syn tygrysa, ani lwicy szczenię.
Twoje lice tak krasne i żądz tyle łechce,
Prostak chyba tych wdzięków posiadać nie zechce.
Zgwałcić płonne krwie związki?! i cóż za obawa?
Czyż i bogi w Olimpie szanują te prawa?
Sama powiedz mu wszystko, odkryj mu swe bole,
Nie przez zdradne służebne, ani przez pacholę;
Pacholę i służebna zniewierzyć się mogą,
A miłość za niesławę — to kupować drogo!
Więc od rozkosznych myśli szalona i wrząca,
Ani mogąc pod sercem zataić gorąca,
Modli się: Boska Wenus, pofolguj niebodze!
Wiedź mię wedle pragnienia na ponętnej drodze!
Rzekła, trwogą, nadzieją rzucana na dwoje,