Strona:Poezye Ludwika Kondratowicza tom V-VI.djvu/389

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


I z rozpaczy wściekłym krzykiem
Przeklina Iwana:
Grzechem, synu twa godzina,
Grzechem była dana.
Rośnij, rośnij na śmiech ludzki,
Sierocino mała!
Zostań tutaj szukać ojca:
Jam długo szukała!

I przy drodze dziecię kładzie,
Sama w las ucieka,
A Moskali już za górą
Nie widać z daleka.
A niemowlę dogorywa,
W niebogłosy krzyczy...
Szczęściem, krzyki ze swej chaty
Posłyszał leśniczy.

Katarzyna biega, wyje,
Klnie swego sokoła,
I wybiegłszy na pagórek,
Po imieniu woła:
— Wróć się, wróć się, drogi Janku,
Tak powinność każe!
Ale tylko leśne echo
Odzywa się w jarze.
Obłąkana bieży jarem,
Łapać echo może,
I stanęła bez pamięci
Przy wielkiem jeziorze:
— Przyjmij, Boże, moją duszę, —
Ty, wodo, me ciało!
I na wodzie pod krą lodu
Coś zapluchotało.
Ot i kara, że nie słucha
Matczynej porady...
A wiatr dmuchnął po jeziorze
I zagładził ślady.