Przejdź do zawartości

Strona:Poezye Ludwika Kondratowicza tom V-VI.djvu/377

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

O! przeklęta ta godzina,
 Co cię na świat zsyła!
Czemum ciebie z jasnym wschodem
 W rzece nie topiła?
Nie przyszłoby na niesławę
 I na hańbę w świecie...
Moja córko! moja córko!
 Mój różany kwiecie!
Hodowałam, jak ptaszynę,
 Jak krasną jagodę;
Na cóż teraz, na cóż przyszły
 Twoje lata młode?
Idź na Moskwę szukać teści,
 Idź sobie za morze!
Nie słuchałaś mojej rady,
 Jej posłuchasz może.
Idź, przywitaj, — oni ciebie
 Przyjmą najgoręcej;
Idź na Moskwę, bądź szczęśliwa,
 Lecz nie wracaj więcej.
Ruszaj sobie w cudzą stronę,
 Na kraj świata Boży...
Lecz któż tutaj moją głowę
 Do trumny położy?
Kto zapłacze łzami dziecka
 Nad matką rodzoną?
Kto posadzi na mogile
 Kalinę czerwoną?
Kto choć jeden pacierz zmówi
 Za mą grzeszną duszę?...
Och!... idź, córko nieszczęśliwa;
 Ja wyrzec się muszę!
Kończy mówić, łzy ociera,
 Coraz bardziej blada,
Błogosławi... i na skrzynię
 Bezprzytomnie pada.