Strona:Poezye Ludwika Kondratowicza tom V-VI.djvu/290

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ja wielbię cnotę bohaterskich ludzi,
Co, opuszczając domowe ognisko,
Siadają w okręt, gdy się fala zbudzi,
Aby sterować, kiedy burza blizko.
Wołam z daleka: Niechaj Bóg was strzeże!
Modlę się za nich losom tajemniczym;
Sam się na słońcu kładnę na wybrzeże.
Pan Bóg mię tworząc, kazał zostać niczem.

Wasze grobowce patrzeć będą dumnie
Na mój grobowiec wśród badyli zielnych;
Naród przy waszej będzie płakał trumnie...
Gdym skromnie wiezion na marach kościelnych,
Co mi po waszych trumnach i żałobie?
W nieśmiertelności kiedyś się obliczym;
Cała różnica zespoli się w grobie.
Pan Bóg mię tworząc, kazał zostać niczem.

W pysznych pałacach nie zamieszkam z wami;
Tylko dostojnej pokłonię się głowie.
Odchodzę od was, bom w progu za drzwiami
Zostawił lutnię i liche obuwie.
Ludzkość do waszych podwojów kołace:
Kojcie łzy nędzy z braterskiem obliczem;
Ja wam z ulicy piosenką zapłacę.
Pan Bóg mię tworząc, kazał zostać niczem.



STARY WŁÓCZĘGA.

Pora umierać; ot tutaj w rowie
Złożę schorzałe i stare kości.
Ktoś mię z przechodniów pijanym zowie.
Tem lepiej dla mnie — nie chcę litości!
Jeden odwraca i chmurzy czoło,
Drugi po szeląg jałmużny sięga.
Och, idźcie sobie gdzie wam wesoło!
Umrze i bez was stary włóczęga.