Strona:Poezye Ludwika Kondratowicza tom III-IV.djvu/192

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Choć naszych przodków szereg niedługi,
Mieszczanie Jego Królewskiej Mości,
Tacyśmy dobrzy, jak i kto drugi.
A może lepsi... Co to?... na świecie
Niema szlachcianek, wojewodzianek,
Że córki miejskie uwodzić chcecie?
Dość tych chychotek i pogadanek!
Ja wiem, szlachcicu, co tobie w głowie:
Że się odurzy biedna niewiasta.
Wara tych myśli! — ja ci to mówię.
Wójt wileńskiego sławnego miasta.

VIII.

Marcin Studzieński powstał zdumiony,
Krew mu do twarzy warem nabiegła.
Wtem pisarz miejski wpadł z drugiej strony,
Groźny, jak Jowisz, krasny, jak cegła.
Szeroko o tem gadano w mieście,
Że k'pięknej Maryi miał afekt rzewny;
Prawda, czy kłamstwo — kto to wie wreszci
Ale pan pisarz bardzo był gniewny.
Poprawia pasa, czuprynę muska,
A pogładziwszy ręką po głowie,
Stylem statuta, po polsku z ruska,
Tak się odzewie:
— Wszak król jegomość, Jagiełło stary,
Dał nam statuta i pergaminy;
Ktoby niedobre knował zamiary,
Ma być ukaran wedle swej winy.
A waść kto taki. Hej, panie bracie,
Co na nas wszystkich poglądasz z góry?
Na miejskim gruncie, przy magistracie,
Do córki miejskiej stroisz konkury.
Przecz się szlachcice tutaj panoszą
Pustą kieszenią i tarczą biedną?
Możesz tańcować, kiedy cię proszą,
Ale nie z jedną!...