Strona:Poezye Ludwika Kondratowicza tom III-IV.djvu/080

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wziął konew miodu stojącą na stole,
Wypił z pospiechem i zębami zgrzytnął.
Rzucił na ławę swój kaftan z kolczugi,
Na wiązkę słomy rzucił się jak długi,
I słychać było, że boleśnie płacze.
Po chwili zasnął, przytulon do kąta.
A gdy pobudkę zagrali surmacze,
Najrańszy ptaszek w chorągwi się krząta.
On pierwszy dojrzy, czy dobrze rozdano
Dla koni wodę, i owies, i siano.

VII

Na jego słowa czuł biedny Hrehory,
Że go przebiegły niespokojne dreszcze.
Lecz insi w śmiechy: At, zważałbyś jeszcze!
On zawsze taki, na śledzionę chory.
Dajcie mu pokój, niech sobie gawędzi,
Niech sobie płacze, niech się we śnie miota:
Czy to deszcz pada, czy to Derszmak zrzędzi,
Przy takim szmerze spać większa ochota.
Więc nie zważajmy na jego pacierze,
Bo jego z dawna natura już taka.
Waści pan hetman na opiekę bierze.
To więcej znaczy, niż łaska Derszmaka.
Chociaś młodziuchny, lecz dobra otucha,
Konia dosiędziesz, nie kwilisz po domu.
Pan hetman ciebie uściskał bez sromu;
Znaczno, żeś pełen rycerskiego ducha;
My cię wyuczym, jak się wroga bije!...
Tak go cieszyli bracia chorągiewni;
Młody Hrehory płaczem się rozrzewni,
Wszystkim husarzom rzucał się na szyje.
I miód przynieśli, i kolej wypili,
Szedł jeden puhar, potem drugi spory;
Z całą chorągwią już młody Hrehory,
Jak gdyby z bracią, zżył się w jednej chwili.
Niktby nie zgadnął, że ten chłopak żywy