Strona:Poezye Ludwika Kondratowicza tom I-II.djvu/526

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    Dwoje morderców u grobu ofiary!
    Ha!... znam ja ciebie — słyszałem o tobie!
    Czego tu szuka kłamana obłuda?
    Poco tu przyszłaś, zalotnico płocha?
    Zakłócić spokój — to ci się nie uda!
    Przebłagać cienia — to za późno trocha!
    Dziś biedny Szymon śpi martwo w swej trumnie,
    A dusza poszła w czyścowe ogniska,
    Skąd na nas chyba przeklęctwami ciska,
    Groźnie spogląda ku tobie i ku mnie.
    Nas dwoje tylko ukochał na ziemi, —
    A my co za to? w zamniemaniu podłem
    Jad mu podali rękoma własnemi!
    Ty rozpacz — ja śmierć na niego przywiodłem.
    Dwoje zabójców... nad jednemi szczęty,
    Zbyt obciążamy jego kości w grobie!
    Daj że tym piersiom choć raz pokój święty,
    Płocha dziewczyno! a idźże stąd sobie!
    Tak groźnie mruknął — i znów książkę bierze,
    Na dłoń się wsparła jego głowa siwa,
    I zaczynając przerwane pacierze,
    Pokutne psalmy znowu odczytytywa.
    Ale na głowę dziewczęcą bez siły
    Za nadto ciosów dnia jednego spadło:
    W jej oczach ćmi się, jej lice pobladło,
    Chwieje się, klęka na piasek mogiły.
    Co czyni — sama nie pamięta zgoła,
    Chwyta garść żwiru i ciśnie do czoła,
    I tłumiąc jęki, których pierś nie zmieści,
    Ledwie na ciche łkanie się zdobędzie.
    Poiniszył starca ten widok boleści:
    Wypłacz się, dziecię, to ci lepiej będzie!
    I sam, podawszy tę radę w niedoli,
    Zapłakał cicho, lecz rzewnemi łzami.
    Łza zaraz ulży, kiedy serce boli,
    Zwłaszcza gdy inny podzieli ją z nami.
    Czasem łzę jedną okupiłbyś drogo,