Strona:Poezye Ludwika Kondratowicza tom I-II.djvu/510

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
XXV.

Wyniósł tedy piękną broń,
Koniuszemu wcisnął w dłoń.
Patrzcie! — rzecze: to broń przednia,
To po Turkach jeszcze z Wiednia.
Gdy mój ojciec w gradzie kul
Wezyrowski namiot brał,
Jak Sobieski, dzielny król,
Pistolety jemu dał.
Tu arabskie słowa są.
A jak biją kroków sto!
Gdy nie wierzysz, to sam strzel.
Lub ja, pozwól, próbę dam!
Rzekł — i śmiało wziął na cel
Łeb rumaka — i w łeb sam
Palnął kulką o trzy kroki;
Rumak wydał stek głęboki,
Trysły mózgu, krwi potoki
Do stajennych bram.


XXVI.

I bez ducha trupem padł
Kasztelańskich czoło stad.
— Teraz kwita! — Bardysz powie:
Nie zawstydzą nas panowie.
Ma kasztelan żart za żart.
To, coś widział, odnieś doń:
Co inszego rączy hart,
Co inszego dzielny koń.
Ja, mospanie stary szpak,
Ja się nie chcę mieniać tak.
Jam w pamiątce charta dał,
Wynagradzać ni się waż!
Oto teraz celny strzał
Porachunek zrównał nasz!
Tak powiadał dziad wyniosły,
Aż mu wąsy w górę rosły,
Aż kipiała twarz.