Strona:Poezye Ludwika Kondratowicza tom I-II.djvu/473

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ale król puszczy nie zwykł do łańcucha.
Nie zdoła w ciszy zachować się dłużej;
Niezwykła taić, gdy się serce burzy,
Mężna pierś jego westchnieniem wybucha,
Malał swój puhar, wypił go w połowie:
— Kniahini Lachów! to za wasze zdrowie,
W cześć waszej córy! ja k'niej sercem płonę...
Dajcie mi Hannę, dajcie mi za żonę!
My, stara Litwa, żołnierscy a prości,
U nas długiemi słowy się nie mami.
Szerokie moje ziemice i włości;
Wiecznem przymierzem opiszę się z wami:
Książęce skarby złożę pod jej nogi;
Zrównam jej głowę z wielkimi mocarze;
Czcić będzie swoje, a ja swoje bogi,
Modlić się będzie, jak jej wiara każe;
Zostanie bóstwem na litewskiej ziemi,
Królować będzie nad ludźmi dobremi!
— Mocarzu Litwy! jam tylko niewiasta —
Odpowie matka — jam przyzwolić rada.
Konrad jest głową u rodziny Piasta:
Mocarzu Litwy! zapytaj Konrada.
— Hanno! — brat spyta — wola, czy niewola? —
Hanna oblicze w drobnych rączkach chowa:
— Trojden zwycięzca — jam branka bojowa,
Niechaj od niego zależy ma dola;
Niech waszym chęciom uczyni się zadość,
Będę nagrodą szlachetnego dzieła!
Klękła przed matką i płakać poczęła,
A przez jej oczki prześwieca się radość.



EPILOG.

Lecz może mi powiecie, żem skończył zbyt skoro?

U nas się kochankowie tak prędko nie biorą.
Darujcie, jam podania nie wysnuł z mej głowy,
Wziąłem je całkowicie z kroniki dziejowej.