Strona:Poezye Ludwika Kondratowicza tom I-II.djvu/470

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Zwiesiła główkę — a Pan Bóg-że zgadnie,
Co się tam w myśli dziewicze zakradnie?
Wtem się sąsiednia otwarła alkowa:
Tam matka Hanny, poważna matrona,
Księżniczka z Rusi, Ziemowita wdowa,
Jęczała, długą niemocą dotkniona,
I obyczajem swej rodzinnej strony
Chciała uklęknąć — lecz chwieje się, słania.
— Kniahini Lachów! — rzekł Trojden wzruszony —
Dajcie mi rękę na znak przejednania.
— Nie gub nas, nie gub i z duszą i z ciałem!
My wiemy, wiemy, czem są wojny prawa! —
Mówiła matka z wejrzeniem nieśmiałem,
A łza boleści na jej oczach stawa.
— Pokój wam, księżno! — Trojden jej odpowie.
Zgrzybiałą rękę całując z pokorą —
Nie bój się Litwy: już my nie wrogowie;
Złóż na posłanie twoją głowę chorą.
W twym grodzie Litwin tryumfował górą,
Lecz się ukorzył przed krasną twą córą.
— Hanno! — spytała mazowiecka księżna: —
Czemu Konrada nie mam przed oczyma!
Pewnie, gdy naszła drużyna orężna,
Wybiegł do walki — może go już niema!
O głowa biedna! głowa moja siwa!
Takiegoż dzisiaj sieroctwa dożywa! —
I załamała rozpaczliwie ręce: —
Na co mi życie? na co mi zaszczyty?
Na co mi państwa i grody książęce?
Mówcie: gdzie Konrad? czy syn mój zabity?...
Wodzu Litwinów! tem samem żelazem
I mnie zabijcie... zabijcie z nim razem!
— Konrad z panami na łowach się cieszy, —
Odpowie Hanna: on nic jeszcze nie wie.
Obaczył pewnie nad zamkiem zarzewie,
Nie bój się, matko, zaraz tu pospieszy.