Strona:Poezye Ludwika Kondratowicza tom I-II.djvu/423

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Gdy insi brali łupy lub wojny honory,
On nigdy się nie stawił, bo zawżdy był chory;
Wtenczas, gdy pole bitwy hojnie krwią pokropi,
Wyrywał się z chorobą, jak Filip z Konopi.
Raz z hufcy tatarskiemi jak lew szedł w zawody,
Pan chorąży przedstawić miał go do nagrody;
Lecz Filip, jak mu często pomylić się zdarza,
Zaskarżał chorążego do regimentarza.
Skarga była prawdziwa, jak to wiedzieć możem,
Lecz chorążym przez zemstę mianował go tchórzem,
Zaświadczył, że go znalazł za wojskiem na ziemi,
(A pan Filip w tej chwili czuwał nad rannemi).
Wyrwał się biedny Filip jak raz w samą porę,
Zaskarżać naczelnika, opatrywać chore!
Służył, rzuciwszy wojsko, u dworskich podwoi.
Pan mówi: Bracia szlachta, przyjaciele moi,
Na sejmiku zakrzyczeć, niepozwolić całkiem,
Aby skarbnik piltyński był u nas marszałkiem.
Ja dzisiaj waszych wotów domagam się prosto
Za moim przyjacielem, rzeczyckim starostą!
Tedy krzyczą dworzany, szlachta zaściankowa:
Niechaj żyje starosta! niech skarbnik się schowa!
Kto nas dziś przekreskuje, jesteśmy ciekawi!
A kto inaczej trzyma, z nami się rozprawi!
— Jakto! czy my nie szlachta? czy poddani chłopi? —
Zawołał wielkim głosem pan Filip z Konopi: —
Prawda, żem na twym chlebie, mości wojewodo!
Ale mnie na sejmiku wyższe względy wiodą.
Syn Rzeczypospolitej, znam krajowe prawa,
I za tym podam kreskę, kto lepszym się zdawa.
Pan skarbnik ma i serce, i głowę nielada,
Toć jemu marszałkować sejmikiem wypada.
Choć mi szyję zetnijcie, póki serce żywe,
Ja dla pana starosty rzucę negatywę:
Tak mi każe sumienie! — Więc po takiej sprawce,
Pan go wygnał ze dworu, a dworscy szubrawce
Urągali się nad nim, że ma zmysły chore,