Strona:Poezye Ludwika Kondratowicza tom I-II.djvu/405

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

Swojego dobra nasz dziedzic już dłużej
W podobno ręce powierzać nie może;
Wiedząc, że sąsiad, lepiej mu usłuży,
Tutejszy dworek dał panu Zaborze.
Co się mnie tyczy, ubolewam srodze,
Że z niedobremi wieściami przychodzę..
Za to wszelkiego dołożę starania,
Ażeby ulżyć waszmościnej doli;
Memu bliźniemu, wedle przykazania,
Uczynić wszystko... co możność pozwoli.
Dziesięć tysięcy, toć niemała kwota,
Wedle rachunku winieneś ją kasie;
Niech to waszmości głowy nie kłopota,
Może nie jesteś teraz przy zapasie,
To poradzimy i na to, jak możem.
Na wszystko sposób najkrótszy przywiodę:
Coś gotowizną, coś weźmiemy zbożem;
Słyszę, masz niezłe koniki i trzodę,
Wszystko w rachunku przyjmiemy, strącimy,
i dopomożem, i będziemy radzi,
Możesz we dworku przemieszkać do zimy,
Bo pan Zabora wójta tu osadzi.
A zimą wszędzie przytułek znajdziecie,
Nie umrze z głodu twojej dziatwy rzesza:
Są miłosierne zakłady na świecie,
A na Niebiosach jest Ten, co pociesza.
To mówiąc rządca łagodnie i z cicha,
Słodkiem obliczem k’niemu się uśmiecha.

XVIII.

Stary Łagoda zrozumiał nieszczęście,
Zadrżał z ohydy i zacisnął pięście;
Ogniem zabłysły przyciemniałe oczy,
A krew gorąca serce mu oblała,
Ze starej twarzy ledwie nie wyskoczy,
A gniew na czole trzęsie się i pała.
Ale rozważył i obliczył pilno