Strona:Pisma krytyczne (France).djvu/277

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    drzewa; wodziłem wzrokiem za służbą, obnoszącą wielkie półmiski kompotu ze śliwek suszonych, których sos ściekał im na palce. Wszystko napełniało mnie obrzydzeniem. Wśród szczęku talerzy od czasu do czasu dochodził mię głos czytającego; usłyszałem imię Kleopatry i tylko strzępy cudnych zdań: »Miała stanąć przed Antoniusem w wieku, w którym kobieta łączy wdzięk umysłu z rozkwitem swej urody... Osoba jej ponętniejsza nad wszelki przepych szat i strojów... Wpłynęła na fale Kydnosu... Okręt jej lśnił od złota, żagle były purpurowe, wiosła srebrne... A potem słyszałem pieściwe słowa: ...fletnie, wonie, Nereidy, Amory... Cudna wizya stanęła mi wtedy przed oczami, krew uderzyła mi do głowy, w skroniach mi szumiało, czułem obecność chwały i piękności, byłem w ekstazie. Wyrwał mnie z niej prefekt, człek brzydki i grubiański, zadając mi pensum za to, żem nie wstał na znak dany. Było mi to obojętne, — widziałem był Kleopatrę.
    Plutarch ma racyę, utrzymując, że Marek Antonius w miłostki swe kładł dużo miłej wesołości; jego to pomysłu były te wszystkie