Strona:Pisma VI (Aleksander Świętochowski).djvu/134

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


z klatek, szaleńców ze szpitali i złoczyńców z więzień, jeszcze i przed tym trybunałem wygrałbym moją sprawę, którą przed sądem uczciwych obywateli przegrałem. Dla dogodzenia żądzom jednego zuchwalca odarto mnie z mienia, odebrano ojca, shańbiono matkę. O matko moja, poskarz się Bogu, jeśli go oglądasz!
Justyna (do Ambrożego). Cóż teraz począć?
Ambroży. Pani nam odpowie. Wojewoda bowiem gotów oddać zabrane majątki.
Michał. Oddać?
Ambroży. Żonie pańskiej.
Michał. Mojej żonie?!
Ambroży. Pod warunkiem.
Michał. Żeby jego kochanką została — co? Niebezpiecznie, panie Piskorz, ustom wyrzucać wszystko, co kto w uszy włoży. Uciekaj pan, bo mogę się zapomnieć i kawałkami z ciebie psów na ulicy obdzielić.
Ambroży. Ostrożnie panie, bo ja się szczerze staram, żebyś nie potrzebował psom na ulicy kęsów wydzierać. Wojewoda...
Michał. Precz! precz!
Justyna (powstrzymując go). Ależ pozwól temu panu dokończyć.
Ambroży. Pójdę precz tem spokojniej, że pan za mną się udasz. Wojewoda ofiaruje majątki pani pod warunkiem, że za to dostanie błazna.
Michał i Justyna. Marka?!