Strona:Pisma VII (Aleksander Świętochowski).djvu/143

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


cię widzę i słyszę, choć cię nie widzę i nie słyszę przed sobą, bo cię czuję w sobie. Wtedy dusza moja ogląda twoje oblicze i rozpoznaje twój głos. Zdaje mi się, żeś kazał to zrobić, co zrobię, że wolą twoją jest, ażeby na ziemi był jeden ród, a w niebie jeden bóg. Jeżeli się mylę, jeżeli starość zamroczyła mój umysł, daj mi znak, a wykonam, co każesz.
Klęczał długo, jak gdyby na coś czekał i jak gdyby niewidzialny ciężar wtłaczał go w ziemię. Powstał wtedy dopiero, gdy wszedł Zebor i podniósł go.
Zebor. Czy słabo ci, Moronie?
Moron. Przed chwilą nieco omdlałem, ale teraz czuję się już zupełnie dobrze.
Zebor. Trudzisz się nad siły twego wieku.
Moron. Bóg mnie jeszcze nie odprawił. Co mi przynosisz?
Zebor. W góry czujków wysłałem, wąwozy strażami zamknąłem.
Moron. Teraz uważnie patrz w myśli moje. Czy w górze rzeki jest gdziekolwiek płytki bród, przez który moglibyśmy przejść na drugą stronę?
Zebor. O kilkaset staj stąd jest tylko wązki nurt, głęboki na dwu ludzi.
Moron. Poślij tam wieczorem paru zręcznych i roztropnych chłopców z liną, którą przeciągną przez ten nurt i przywiążą do palów. Trzymając się jej, wyprawa nasza łatwo przepłynie w nocy. Gdyby przeprawiła się tutaj, Mirowie mogliby ją dostrzedz.