Strona:Pisma VII (Aleksander Świętochowski).djvu/140

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


jak w klatce młodego tygrysa, a gdy łup się zdarzy i zwierzęta podrosną, wypuszczasz je z zamknięcia na mordercze łupy. W mojej piersi, pomimo twoich starań, nie wyhodowało się dzikie zwierzę, dlatego mnie karciłeś, prześladowałeś, wykląłeś, a teraz chcesz zabić. Pragnąłem cię tylko czcić, jako arcykapłana, patryarchę, przewodnika ludu i mojego dziada, a mogę ci tylko złożeczyć. Serce moje nieznało nienawiści, kochałem boga, ludzi, zwierzęta, ziemię, niebo i wszelkie istnienie, dopiero ty zmusiłeś mnie nienawidzieć — ciebie.
Moron. Niewinny baranku, czemuż nie zostałeś w nowem swojem stadzie, lecz przyleciałeś tu pomagać wilkowi w szukaniu naszych tropów?
Arjos. Przyszliśmy tu z Tylonem dla utwierdzenia się w radości, że opuściliście tę okolicę i zabraliście z sobą trwogę zagrożonego ludu.
Moron. Jakże ty szybko nauczyłeś się odczuwać niepokoje tego ludu!
Arjos. Bo on jest zacnym, dobrym, moim — moim nietylko przez to, że mnie usynowił, ale i przez to, że mnie połączył z kobietą, którą dla mnie bóg stworzył z krwi Mirów.
Moron. A! Nie przypuszczałem, żeś tak prędko i głębo wrósł w ten szlachetny szczep. Więc jesteś już mężem Miranki, może nawet, dzięki jej, ojcem.
Arjos. Teraz wiem, oszczerco, dlaczego kazałeś mi związać ręce.