Strona:Pisma II (Aleksander Świętochowski).djvu/135

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


lony jej unika? Jak gdyby odgadując to pytanie, ona spojrzała na mnie smutnie i badawczo.
Nagle z salonu wpadła Rubowiczowa.
— Pan tu — zawołała — sądziłam, żeś pan uszedł. A! obiecałam panu...
Wzięła mnie za rękę i przedstawiając nieznajomej rzekła:
— Pan Okoński, złowiony uciekinier, moja kuzynka, pani...
Tu wymówiła nazwisko.
Nie chcąc waszej ciekawości zadowolnić zmyślonem imieniem, a jednocześnie chcąc uszanować tajemnicę mojego przyjaciela, nazwiska tego nie powtórzę.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

W dwa dni potem przechodziłem ulicą Królewską. Przed mieszkaniem Rubowiczowej spotkałem Bukowskiego. Zaledwie przywitaliśmy się, tuż około nas stanął powóz, z którego wysiadła ona. Ukłoniłem się jej — Bukowski zbladł i spojrzał na mnie niespokojny. Gdy weszła do bramy, nie mogąc powstrzymać gwałtownie cisnących się słów, zawołałem:
— Henryku, ona jest...
— Nie chcę! — krzyknął Bukowski.
Zamilkłem — on posępny odszedł.
Od tego dnia unika mnie starannie. Widuję go często zgnębionego. Zamiera powoli. Żal mi go serdecznie. Czemuż nie mogę mu powiedzieć chociaż tyle: