Strona:Pisma II (Aleksander Świętochowski).djvu/132

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Lekarz, który lubił swobodne a nawet rubaszne żarty, zaśmiał się głośno.
— I to się zdarzało, ale pozrzucali rogi i uciekli. Trudno, mój kochany panie: kobiety są oszczędne — salon serca zostawiają mężom, a jeden lub dwa pokoiki odnajmują kochankom. Chociaż między kuzynkami pułkownikowej jest tu taka, która własnemu mężowi nie pozwoliła przestąpić nawet progu swego serca i trzyma je dotąd niezajętem.
— Cóż mąż?
— Spróbowawszy różnych kluczów i wytrychów, dał za wygranę i rozwiódł się.
— Która to, jeśli wolno spytać?
Grzywacz spojrzał po salonie i rzekł:
— Nie ma jej, musiała w tej chwili wyjść do drugiego pokoju; siedziała tam, pod lustrem. Rzadkie licho — i staremu nieraz w głowie zakręci. Piękna, że odżegnać się od niej nie można. Czyta ciągle, marzy, rwie się do rozmaitych przedsiewzięć, zakłada szkółki, leczy, rozrzuca pieniądze, wspiera biednych i próżniaków, wzlatuje uniesiona jakąś myślą i znowu spada złamana zniechęceniem — a w tem wszystkiem marnieje. Jest to cudowny, ale więdnący kwiat, nieszczęśliwszy od najszczęśliwszej rzodkiewki, którą ten lub ów wyrwie i ze smakiem spożyje. Jest to jakaś błędna gwiazda, wytrącona z kolei.
Wymawiając te słowa, Grzywacz zwykle odwraca-