Strona:Pisma II (Aleksander Świętochowski).djvu/117

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


może i twarz uroczej nieznajomej. Ja jednakże w jej piękności widziałem niezwyczajny rozum, widziałem z chmur jej czoła przedzierające się oczami błyskawice uczucia, widziałem wszystko, co tylko bogowie i boginie Olimpu, złożywszy swe najcenniejsze dary na stworzenie arcydzieła natury, zaofiarować mu mogą.
Nagle wśród tych rozmyślań poczułem na ramieniu lekkie dotknięcie. Poza mną stał ironicznie uśmiechnięty Bukowski.
— Jakże ci się podobała ta... symfonia? — spytał.
— Bardzo piękna — odrzekłem, budząc się z rozmarzenia. Siądź przy mnie, stąd lepiej... słychać.
— Za blisko — zresztą teraz przerwa w koncercie — przejdźmy się po ogrodzie.
— Chętnie.
Wyszliśmy w odległą aleję. Bukowski milczał, nucąc jakiś motyw z odegranej symfonii.
— Lubisz muzykę? — zapytałem.
— O ile mi nie przeszkadza — odrzekł krótko i dalej nucić zaczął, widocznie jednak czem innem zajęty.
Mijające nas grupy osób dostarczyły materyału do kilku spostrzeżeń, z których przecież nie mogła się spleść ciągła rozmowa. Wreszcie zaczęto grać.
— Zostajesz jeszcze? — zagadnął mnie nagle.
— Zapewnie — odpowiedziałem, nieprzygotowany na to pytanie.
— Ja idę do domu — rzekł stanowczo.
— Zatem do widzenia.