Strona:Pisma II (Aleksander Świętochowski).djvu/063

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

— Niewątpliwie — podpowiadam jako niewolnik grzeczności.
Ale natycmiast cofam się do mojej głowy i mówię sobie głośno:
— Po co ta poczwara tak uwydatnia swój mdły sentymentalizm, zwracający uwagę na jej brzydotę?
Ktoś inny zaznacza, że druga, obok siedząca kobieta zbyt często się śmieje.
I to spostrzeżenie potwierdzam, a w głowie mojej wyznaję:
— Cudowne stworzenie! Takie usta całować!
— Człowiek, z którym pana przed chwilą poznajomiłam — dodaje cicho gospodyni domu — jest tak rzadką inteligencyą, że, pomimo siwych jego włosów, kobiety przepadają za nim.
— Zauważyłem to — oświadczam i zaraz wołam w mojej głowie:
— Ten roznosiciel zdawkowych grzecznostek, ten organista w nabożeństwie babskich próżności, ten stary dworak, który pragnie ogrzać swe ciało przy młodych kobietach, jak przy płonącym kominku, ma być rzadką inteligencyą? Ha, ha, ha!
Posiadam stosunki w »literaturze«. Zaśmieca ją swemi robotami pewien autor, który procesuje się ciągle z krytyką o niewypłacanie mu należnej sławy. Wlewa on i do moich uczuć swoje żale.
— Albo, proszę pana — mówi zwykle — ostatnia moja mowelka... Czy ona jest gorszą od najbardziej