Strona:Pisma Henryka Sienkiewicza (ed. Tyg. Illustr.) vol. 81.djvu/313

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—  309  —

karku na drugą, a każde ostrze wierci tem samem w ranie. Oczywiście z bólu zwierzę wpada w obłęd wściekłości, lecz im bardziej się rzuca, tem ból większy. Dotychczas byk czynił krzywdę — teraz poczyna się dziać jemu krzywda, i to straszna. Chciałby pozbyć się tych bolesnych strzał, lecz nie ma na to rady.
Wścieka się oto tylko z męki i nuży się do ostatka. Piana pokrywa jego nozdrza, język wysuwa się z pyska — już nie ryczy, ale w krótkich przerwach, między dzikimi okrzykami, klaskaniem i wrzaskiem widzów, słychać jego jęk z akcentem niemal ludzkim. Zmęczyli go kapeadorowie, skaleczył go każdy pikador, teraz wiercą się mu w skaleczeniach strzały; dopełniają męki upał i pragnienie.
Szczęście jego jeszcze, że nie dostał innego rodzaju banderilli. Jeśli — co się jednak rzadko zdarza — byk odmawiał ataku na konie nie zabił żadnego, wówczas rozwścieczona publiczność wstaje — i w cyrku poczyna się coś nakształt rewolucyi. Mężczyźni z laskami, kobiety z parasolkami i wachlarzami zwracają się do loży królewskiej; dzikie, chrapliwe głosy okrutnych „caballeros“ i przeraźliwe „senorit“ wrzeszczą jeden tylko wyraz: „Fuego! fuego! fuego!“
Przedstawiciele władzy długo nie zgadzają się, więc: „Fuego!“ brzmi coraz głośniej, głuszy wszystkie inne głosy; groźba dochodzi do takiego stopnia natężenia, że lada chwila pu-